Święta na podhalu

Bezpośrednie przygotowania do “Godnych świąt”  trwały całą “Wilijom” (24 XII). Starsze autorytety pouczały, by w ten dzień nie kłócić się, bo “jaka wigilia- taki cały rok”. Dzieci przestrzegano, by były grzeczne, “bo jakby dostały baty, będą bite cały rok”. W Wigilię unikano chodzenia po domach, za zły znak odbierano wizytę obcej kobiety, gdyż taka mogła sprowadzić na domowników nieszczęście. Jeśli już ktoś miał przyjść- to młodzieniec: “Dobrze zeby przysed młody chłop, ale lekko odziany. Jakby przysed grubo odziany, to by zabroł z chałupy syćkie dary”.
Z Wigilią Bożego Narodzenia wiązały się też różne zakazy, podobne do tych z Wielkiego Piątku i Zaduszek- nie wolno było nikomu niczego pożyczać, zabronione było też szycie, prasowanie i przędzenie, a nawet czesanie się (można było “poranić” zmarłą duszę).

 

Gazdowie wybierali się do lasu po choinkę- zwaną jedlicką, czyli drzewko świerkowe. Wtedy też praktykowano kradzież drzewa, wierzono, że “jak wtedy uda się coś ukraść- to cały rok szczęście jest”. Zwyczaj ozdabiania domów choinkami przez górali jest stosunkowo młody- przyjął się dopiero na przełomie lat 20. i 30. XX wieku.

 


Znacznie starszym, sięgającym niepamiętnych czasów był zwyczaj wieszania nad drzwiami z zewnątrz i wewnątrz domu podłaźnicek, czyli jodłowych gałązek w kształcie krzyżyków. Podłaźnicki oprócz dekoracyjnej pełniły także funkcję odpędzającą złe moce, chroniły domostwo przed złymi przybyszami. Zawieszał gałązki sam gazda, dawniej ubrany w portki i cuchę, później w jakimś bogatym odzieniu, by nadchodzący rok obfitował w dostatek.

Jedna z relacji podaje, co gospodarz powinien dalej zrobić:
“Jagek wloz do izby tok se wzion taki kłacosek sianka i snopek owsa. Sianko połozyłek na stolicke, a snopecek pod rzywko koło solicki. Na sianko kładło sie prześcieradło bieluśie, ciste, z góralskiego płotna, na talerzyk miodu i opłatki. Jagek tak wloz do izby ku kobietom winsowołek: Na scęście! Na zdrowie! Na to Boze Narodzenie, coby sie wom darzyło, mnozyło. Cobyście mieli owiecek- jako w mrowcu mrowiecek. Kunicków- jako w płoci kulicków! Cielicek- jako w lesie jedlicek! Cobyście byli weseli- jako w niebie janieli! W kozdym kontku po dziesiontku, na pościeli po dzieciontku! - Potem syćka poklękali i razem sie modlili. Dziękowali za rok przesły i proslili Nowonarodzonego o nowy scęśliwy”.




W odległych czasach przy stole wigilijnym pozostawiano dodatkową łyżkę. Była ona nie jak dzisiaj, dla wędrowca, a raczej dla zabłąkanej duszy. Wierzono, że podobnie jak we Wszystkich Świętych zmarli przychodzą do swoich rodzin.
Niektórzy wspominają, że m.in w Brzegach czy w Małem Cichem “zapraszano” do stołu dzikie zwierzęta. Wilki i niedźwiedzie stanowiły wtedy realne zagrożenie, wołając na zewnątrz np. “Podź wilcosku! Podź na obiod! A nie chodź tu cały rok”, starano się “zakląć” drapieżniki, by nie podchodziły blisko domów.


Gospodynie przygotowując potrawy, wyciągały z pieca węgle, mówiąc “to na owies, to na siano, to na grule”. Sprawdzano, który węglik żarzył się najdłużej, gdyż dawało to informację, co najlepiej obrodzi w przyszym roku.
Obiod wigilijny był skromny, ale starano się by liczba dań wyniosła 9. Wśród nich były: kapusta z grzybami i grulami, zupa grzybowa, kluski gałuski, gotowany groch, kompot ze suszonych śliwek. Każdy produkt traktowano jako jedno danie. Przed przystąpieniem do wieczerzy dzielono się opłatkiem maczanym w miodzie, nie wymieniano się jednak życzeniami.

Jeszcze do lat 50. jedzono ze wspólnej miski, nie zjadano wszystkiego, resztkami gospodarz dzielił się ze zwierzętami w szopie. Starsi mówili, że o północy zwierzęta mogą przemówić ludzkim głosem, obawiano się jednak, by ktoś ich przypadkiem nie usłyszał- osobie takiej groziła rychła śmierć.

Po posiłku, w oczekiwaniu na pasterkę, śpiewano kolędy, słuchano opowieści starszych. Panny robiły wróżby, by dowiedzieć się, kiedy wyjdą za mąż. Wychodziły na zewnątrz i nasłuchiwały szczekania psa. Kierunek, z którego dobywały się odgłosy, mówił skąd będzie pochodzić przyszły mąż. Czasami wołały: hop hop, skąd mój chłop. Dziewczęta biegły też do chlewu i trącały drzwiczki, by słuchać, ile razy zachrząka świnia. Liczba chrząknięć zwierzęcia wyznaczała liczbę lat do ślubu. Domownicy z kolei mogli porównywać swoje cienie, im dłuższy cień, tym dłuższe życie. Często spoglądano też w niebo. Jeśli było bezchmurne, zwiastowało to puste spichlerze i głód, pochmurne zapowiadało dostatni rok.


Po pasterce wracano szybko do domu, brano o północy wodę z pobliskiego źródła, by umyć się nią na następny dzień. Obmycie takie wodą dawało krzepę, chroniło przed chorobami.
Młodzi kawalerowie wyruszali nocą na podłazy. Podłazy były zwyczajem polegającym na odwiedzaniu cudzych domów, w trakcie odwiedzin winszowano wszelkiej pomyślności, sypano na podłogę owies z cukierkami. Dawniej podłazy miały charakter matrymonialny, chłopak odwiedzał dziewczynę, która “się mu zwidziała”. Przychodził ubrany odświętnie, ale nie wolno mu było mieć założonej skóry, albo serdaka podbitego futrem. Przynosił do domu dziewczyny flaszkę, ona przygotowywała zakąskę. Często w trakcie takiej wizyty dogadywano się co do przyszłego zamążpójścia. Po wstępnych ustaleniach w niedalekiej przyszłości następowały zaręczyny, później ślub i wesele.

Boże Narodzenie było obchodzone bardzo uroczyście i poważnie. W ten dzień górale swoje prace domowe ograniczali jedynie do nakarmienia zwierząt. “(...) nie ścieliło sie pościele, Boze zachowaj robic nozem albo siekierą”. Starsi podają, że, wbrew dzisiejszemu zwyczajowi, nie odwiedzało się nikogo. Po uroczystej mszy- podobnie jak po pasterce- wracano jak najszybciej do domu, miało to zapewnić szybki wzrost zbóż i warzyw.


Boże Narodzenie było dniem, podobnie jak Zaduszki, w którym dusze zmarłych odwiedzały swoich bliskich.  “W Boze Narodzenie mówili, że duszycki odwiedzają rodzinę. Mówili, żeby im nie przeszkadzać. Podobnie na Wielkanoc i w Dzień Zaduszny, b mówili, że jak duze święto to sie rodziny z duszyckami spotykają”

26 grudnia, w św. Szczepana gazdowie nieśli owies do poświęcenia. Poświęcony owies służył do zasiewów. Dawno temu,na pamiątkę ukamienowania św. Szczepana, obsypywano się owsem nawzajem w kościele. Dzień ten spędzano na posiadowaniu, starsi przy “kielichu”, młodzi wieczorem w szerszym gronie. Zapomniany już zwyczaj polegał na tym, że biedne dzieci wędrowały po domach z życzeniami, otrzymując w zamian drobne podarki.

Autor:    © MjB